Lwów - historia i legenda

Lwów, panorama

Lwów, panorama

Krótka historia Lwowa

Według tradycji miasto zostało założone przez króla Daniela I Halickiego około 1250 r. Nazwa pochodzi od syna Daniela - Lwa, który po śmierci ojca przeniósł tam stolicę Rusi Halicko-Włodzimierskiej. Od XIV w. do pierwszego rozbioru Lwów należał do Królestwa Polskiego a następnie Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Lokowania miasta na prawie magdeburskim dokonał Kazimierz Wielki w 1356 r. Dał wówczas prawo wszystkim mieszkańcom - Polakom, Rusinom, Ormianom, Żydom i Tatarom - do zachowania swojej religii, praw i obyczajów. Dzięki temu miasto aż do drugiej wojny światowej było wielokulturową mozaiką i siedzibą aż trzech arcybiskupstw - rzymskokatolickiego, prawosławnego i ormiańskiego. Lwów był miastem królewskim, obok Krakowa, Gdańska i Torunia. W XVII w. był drugim po Gdańsku największym i nabogatszym miastem Rzeczypospolitej.

W 1772 r. Lwów znalazł się w granicach Austro-Węgier. Po pierwszej wojnie światowej Lwów stał się przedmiotem sporu terytorialnego między Polską a Zachodnioukraińską Republiką Ludową. Doszło do walk polsko-ukraińskich określanych później jako obrona Lwowa. W 1919 r. dzięki pomocy armii Hellera Polakom udało się odzyskać Lwów. W czasie konferencji pokojowej w Paryżu uznano to jednak za agresję strony polskiej. Ostatecznie Rada Ambasadorów zatwierdziła suwerenność Polski w Galicji Wschodniej w 1923 r.

W czasie drugiej wojny światowej Lwów znajdował się pod okupacją radziecką. Sowieci wprowadzili terror, dokonywali masowych aresztowań, mordów, wywózek, grabieży majątku. Celowo niszczyli polskie dziedzictwo narodowe i instytucje kulturalne. Wielu mieszkańców deportowano w głąb ZSRR, do Gułagów. 30 czerwca 1941 r. do miasta wkroczyły wojska niemieckie. W pierwszej kolejności dokonały one pogromu Żydów oraz przedstawicieli inteligencji - profesorów. W lipcy 1944 r. miasto ponownie zajeli Sowieci. Po zakończeniu działań wojennych polską ludność wysiedlono, zaś miasto znalazło się w granicach Związku Radzieckiego.

Od 1991 r. Lwów należy do niepodległej Ukrainy.

 

Legenda o tureckich kulach, które nie dolatywały do celu

Pięćdziesiąt tysięcy Turków, a także wspomagających ich Tatarów, Kozaków i Wołochów ostrzeliwało Lwów ze wszystkiego, co miało lufę. Warowny klasztor Bernardynów, osłaniający mury obronne Lwowa koło Bramy Halickiej, od sześciu dni odpierał szczególnie zaciekłe ataki. Siódmego dnia do celi przeora przybiegł brat furtian z meldunkiem, iż kiedy wrogowie wstrzymują ostrzał miasta, on słyszy coś, co przypomina mu dziwaczne, bo podziemne stukanie dzięcioła.
— Cichajcie, ojcowie! Niech nikt teraz nie gada! – To rzekłszy przeor nasłuchiwał w skupieniu. – Nie podobają mi się te głuche odgłosy. Zapewne wróżą coś niedobrego. — Przeor ściągnął brwi i wykrzyknął w kierunku Rynku — Wołajcie mi pana Łąckiego!
Pułkownik znał się na sztuce wojennej jak nikt inny. Wysłuchał uwag przeora i rzekł spokojnie:
— Zaraz wszystko dokładnie sprawdzimy. Niech ksiądz przeor każe przynieść kryształowy kielich i dzbanek z wodą.
Dostarczony kielich pułkownik postawił na murze, nalał doń wody i począł mu się pilnie przypatrywać.
— I cóż takiego odczytujecie w tym kielichu, mości pułkowniku?
— A to, że Turczyn zamierza was, ojcze wielebny, Panu Bogu odesłać wprost do nieba. Klasztor wraz z załogą bisurmany chcą wysadzić w powietrze. Więc podkop długi w głębi ziemi zaczęli kuć, stąd te odgłosy i drgania. Potem tęgą kiszkę nadziewaną prochem w dziurę włożą i buum!
— Oj, mości pułkowniku, pomyśl, czy nie ma na tę prochową kiszkę jakiegoś skutecznego medykamentu?
— Jest! — przyznał Łącki. — Ale trzeba dowiedzieć się, od której strony bisurmanie drążą ów podziemny korytarz. Wyprawilibyśmy wtedy pod osłoną nocy zbrojną wycieczkę, aby podkop zawaliła.
— Mości panie pułkowniku — szepnął brat furtian - znam zucha, który dowie się wszystkiego, czego od niego wasza miłość zażąda. Siostrzeńca mam, sprytnego piekarczyka nie bojącego się nawet diabła z widłami, a przy tym znającego każdy zakamarek w caluchnym Lwowie.
Rzeczywiście, piekarczyk sprawił się, że lepiej nie można. Po półtorej godzinie powrócił z wiadomością dla klasztoru: początek podkopu znajduje się w piwnicy zrujnowanej chałupy Piskorzów.

Noc, na szczęście bezksiężycowa i bezgwiezdna, sprawiła, że grupa ochotników - najdzielniejszych z klasztornej załogi prowadzonych przez piekarczyka — wysunęła się przez żelazną furtę i zniknęła, niedostrzeżona przez nikogo. Zanim dotarli na miejsce, Turcy zataszczyli na koniec wykopu ogromną kichę z prochem. I pewnie wysadziliby mur klasztorny w powietrze, gdyby nie święty Jan z Dukli, patron Lwowa od ponad dwustu pięćdziesięciu lat nie opuszczający swego miasta w nieszczęściu i w nagłej potrzebie.
Święty Jan z Dukli widząc co się święci, runął na kolana, wołając błagalnym głosem:
- Panie Jezu miłosierny, spuść wielką wodę na pogańskiego Turka i na jego podkop pełniusieńki prochu! Nie pozwól, aby mojemu umiłowanemu miastu, stała się straszliwa krzywda!
Wtem na niebie pojawiło się dwóch aniołów, którzy tak szczodrze chlusnęli tu ulewą, że woda momentalnie zalała podziemny korytarz, gasząc płonący już lont, kichę prochu zaś przemieniając błocko. Zgodnie z rozkazem pułkownika Łąckiego drużyna dzielnych lwowian zawaliła mokry podkop.
— Cud! Cud prawdziwy, że się im powiodło podczas tej niebezpiecznej wyprawy! — radował się przeor.

Nie mniejszy cud oczekiwał obrońców miasta nazajutrz. Kapudan baszana na wieść o zawalonym lochu zaczął wrzeszczeć:
— Jakże to możliwe, aby garstka Lachów dobrze przemyślane plany w ciągu jednej krótkiej nocy obróciła w perzynę?
Rozgniewany, wszystkie pięćdziesiąt armat rozkazał skierować na klasztor Bernardyński oraz na co ważniejsze obiekty w mieście i prowadzić nieustanny ogień tak długo, dopóki żelazne i spiżowe lufy nie rozgrzeją się do czerwoności.
— Patrzajcie, co się dzieje! Tureckie kule dolatują do nas, ale niezupełnie! — zawołał brat furtian. — Na dwa łokcie przed murem spadają na ziemię!
Ku niezmiernemu zdumieniu lwowian podobnie było i w innych częściach miasta. Armatnie kule, jak zaczarowane, spadały przed murami katedry łacińskiej i katedry unickiej Świętego Jura, przed murami żydowskiej synagogi Złotej Róży oraz prastarej cerkwi Wołoskiej. Także i tym razem nikt z mieszkańców Lwowa nie domyślił się, że to na prośbę świętego Jana z Dukli aniołowie strącali tureckie kule.
Wódz turecki zrezygnował ze zdobywania Lwowa. Aby ratować honor choć częściowo, zgodził się na wzięcie okupu od mieszczan oraz kilku zakładników, po czym zwinął oblężenie i wycofał się, jak zbity kundel.

Wszyscy mieszkańcy Lwowa doskonale wiedzą, że na zewnętrznym murze katedry od strony prezbiterium wisiały na łańcuchach dwie okrągłe kamienne kule. Jedne z wielu tureckich kul armatnich, które nie doleciały do celu, a zachowane dla potomnych na pamiątkę oblężenia grodu w 1672 r. przez Kapudana baszę, miały przypominać po wsze czasy o cudownym ocaleniu.

Na podstawie publikacji Zdzisława Nowaka, Lwowskie baśnie i legendy: jak król Sobieski Jóźka batiara polubił, Warszawa 1993.